W pogoni za światem, który powoli znika

  1. MDA
  2. /
  3. W pogoni za światem, który powoli znika

Moda na wszystko, co jest vintage, od mebli, po ceramikę i drobne ozdoby, utrzymuje się od dekady. Podążanie za nią może stać się okazją do ciekawych wypraw do dużych miast i małych miejscowości, gdzie odbywają się targi staroci/pchle targi. W Małopolsce jest ich naprawdę dużo.

Jest taka godzina, kiedy Kraków jeszcze śpi, a jednocześnie zaczyna się życie, którego nie widać z perspektywy kawiarni. Między piątą a szóstą rano pod Halą Targową w Krakowie pojawiają się pierwsze samochody, potem stoły, a zaraz potem rzeczy, które mają więcej historii niż niejeden przewodnik. Niedzielny targ odbywa się tu co tydzień, od świtu do około południa, ale prawdziwe emocje mieszczą się w pierwszych godzinach dnia. Kto przyjdzie później, zobaczy już tylko echo tego, co było - przebrane stosy książek, przetrzebione skrzynki z winylami, pojedyncze filiżanki, które straciły swoje komplety gdzieś po drodze.

To miejsce nie działa jak klasyczny targ. Nie ma tu porządku ani hierarchii, jest za to coś na kształt rytuału. Sprzedawcy przyjeżdżają regularnie, często ci sami, krążąc między różnymi punktami Małopolski, a kupujący wiedzą, że trzeba być szybkim, zdecydowanym, czasem odrobinę bezczelnym. W jednej chwili można natknąć się na wojskową manierkę, w drugiej na album rodzinny, którego właściciela nikt już nie pamięta. To nie są rzeczy przygotowane do sprzedaży – to rzeczy wyjęte z życia.

Niedaleko, bo na Kazimierzu, na placu Nowym ten sam świat wygląda zupełnie inaczej. W soboty od rana do wczesnego popołudnia targ rozkłada się wokół Okrąglaka, ale zamiast pośpiechu mamy tempo spacerowe. Starocie są bardziej wyselekcjonowane, ceny wyższe, a całość przypomina raczej miejskie wydarzenie niż żywiołowy handel. Można tu przyjść bez planu, z kawą w ręku, i po prostu przeglądać stare grafiki, biżuterię, płyty, przedmioty, które już dawno przeszły z kategorii „używane” do „stylowe”. To dobre miejsce na początek, dla tych, którzy chcą oswoić się z ideą targu, zanim zanurzą się w jego surowszą wersję.

Jeśli jednak szukacie czegoś bliższego pierwotnemu doświadczeniu, powinniście pojechać na Rybitwy, na giełdę samochodowo-handlową. W weekendowe poranki, mniej więcej od szóstej do trzynastej, to przestrzeń, w której wszystko miesza się ze wszystkim. Starocie są tu tylko jednym z elementów większej układanki – obok nich funkcjonują części samochodowe, elektronika, ubrania, rzeczy nowe i takie, które przeszły przez kilka dekad i wiele par rąk. Trzeba się tu nauczyć patrzeć inaczej, przeszukiwać, zaglądać pod stoły, pytać. To miejsce nagradza cierpliwość, ale nie wybacza braku uwagi.

Prawdziwa opowieść zaczyna się jednak poza Krakowem, tam gdzie targ nie jest atrakcją, tylko częścią tygodniowego rytmu życia. W Nowym Targu w czwartki i niedziele od wczesnego rana, rozkłada się jeden z największych jarmarków w regionie i choć oficjalnie królują tam ubrania, sery i narzędzia, to wystarczy zboczyć z głównego ciągu, żeby natknąć się na rzeczy, które przyjechały tu razem z właścicielami - stare zegary, lampy, militaria, przedmioty, które nie pasują do urządzonych współcześnie mieszkań, ale wciąż mają swoją wartość. Podobnie jest w Tarnowie, gdzie na Kapłanówce w piątki i niedziele od rana do południa pojawiają się sprzedawcy z całego regionu, oraz w Zakliczynie, gdzie środowy targ bywa bardziej spotkaniem niż wydarzeniem, a starocie pojawiają się niejako przy okazji.

Ale mapa małopolskich targów nie kończy się na tych najbardziej oczywistych punktach. W Kalwarii Zebrzydowskiej, znanej z tradycji stolarskich, środowe targi potrafią zaskoczyć obecnością starych mebli i elementów wyposażenia domów, które gdzie indziej dawno trafiłyby do śmieci. W Limanowej i w Mszanie Dolnej targi mają bardziej użytkowy charakter, ale właśnie tam najłatwiej trafić na przedmioty jeszcze nieodkryte przez kolekcjonerów. W Rabce-Zdroju, szczególnie w sezonie letnim, pojawiają się stoiska z rzeczami przywiezionymi z domów letniskowych i pensjonatów, które pamiętają czasy ich dawnej świetności.

Są też miejsca, które żyją targiem tylko okresowo, ale właśnie dlatego warto je śledzić. W Niepołomicach i w Wieliczce zdarzają się sezonowe giełdy staroci, często organizowane przy okazji jarmarków lub świąt miejskich. W Bochni i w Brzesku pojawiają się epizodyczne targi, które potrafią przyciągnąć sprzedawców z całego regionu, choć nie mają stałego kalendarza. W Gorlicach i w Dąbrowie Tarnowskiej starocie najczęściej są częścią większych targowisk, bez osobnej nazwy i bez promocji, ale za to z autentycznością, której nie da się zaaranżować.

Są wreszcie miejsca zupełnie nieoczywiste – jak Skawina, Myślenice czy Andrychów – gdzie targi odbywają się regularnie, ale bez ambicji bycia atrakcją. To raczej przestrzeń wymiany, w której od czasu do czasu pojawia się coś, co potrafi zatrzymać na dłużej.

Wszystkie te miejsca łączy konieczność wyjścia poza codzienny rytm. Trzeba wstać wcześniej niż zwykle, pojechać gdzieś bez gwarancji, że coś się znajdzie, pogodzić się z tym, że większość poszukiwań kończy się niczym. Ale właśnie w tym tkwi sens. Pchli targ nie jest miejscem, gdzie idzie się po konkretną rzecz. To przestrzeń, w której można coś znaleźć – albo tylko zobaczyć świat, który powoli znika.

Dlatego zamiast kolejnego weekendu spędzonego w tych samych miejscach, warto spróbować czegoś innego. Wstać o świcie i zobaczyć Kraków od strony, której nie widać na pocztówkach, albo pojechać dalej, do Nowego Targu, Tarnowa czy mniejszych miejscowości, gdzie targ jest częścią życia, a nie wydarzeniem. Można wrócić z drobiazgiem, który będzie miał swoją historię, ale można też wrócić tylko z doświadczeniem. I to często wystarcza, żeby chcieć wrócić tam znowu.

Ta strona wykorzystuje pliki cookies
Nasz serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na ich zapis lub odczyt zgodnie z ustawieniami przeglądarki. Czytaj więcej